Tu i Tam

Ty i kubek kawy tam

i szóstka w totka niepotrzebna do szczęścia

tu jest pochmurno

lecz mi świeci słońce

przez te kilometry słyszę, kiedy się uśmiechasz

 

Tam u ciebie niebo pewnie jest różowe

(chociaż wiem że za różem nie przepadasz)

nasz świat w ciemności rozbłyska raczej na zielono

wirtualna kropka w mrokach światłowodu

 

Tyle slow chociaż brak jest glosu

tyle miedzy nami a wszystko bez dotyku

Z głodu

z wyobraźni

– jeden dźwięk rozkoszy

i twoja twarz drapieżcy pochyla się nade mną

 

 

 

 

Bezsenność

Nie zsyłaj na mnie mocnych

niespokojnych snów

 

Zaczynam śnić

zanim zasnę

 

Noc krąży wokół mnie niczym dzikie zwierzę

dookoła ognia

rani moją skórę ostrymi gwiazdami

 

Noc nie jest dla mnie łaskawa

zbyt lepka

i gorąca

nie daje o sobie zapomnieć

 

rzuca się do gardła

do serca

do ud

wpełza do środka

 

byle dalej

byle głębiej

 

wszystko to dla mnie

świecącej w ciemnościach

 

bym choć na chwilę

mogła

 

odlecieć

 

 

Kotara

nie sięgam Ci nawet do oczu

wyrwałeś moje serce nie zrywając skóry

jestem niemal w połowie do Ciebie

w marzeniach o swej ciemnej główce na Twojej pościeli

 

widzę Twoją twarz napełnioną światłem

czerwona łuna sięga mi do dłoni

mam w ręku płomień niczym ziarnko grochu

którym nigdy nikogo nie nakarmię

 

możesz zabrać mnie gdziekolwiek i porzucić

wyrosną mi skrzydła a i tak powrócę

zaleję winem swoje noce a złote erynie

„rozgrzeszą bieg planety i krater wystygły”

 

„mnie tu wszystko do łez do krwi znane

każdy znak na metalu i niebie rozumiem

popatrz to nasz sekretny alfabet składany

w pejzażu zagrożonym mieczem i piorunem”

 

Bajka o Pajęczycy

all the accidents that happen
follow the dot
coincidence makes sense
only with you
you don’t have to speak
I feel
emotional landscapes
they puzzle me
confused
and you push me up to this
STATE OF EMERGENCY

(„Joga”, Bjork)

 

Kiedyś, dawno temu, za siedmioma lasami i siedmioma górami, za siedmioma rzekami i morzami, i tak dalej i tak dalej, żyła sobie mała królewna. Dziewczynka była okrągła i bardzo kolorowa – miała kolorowe włosy, kolorowe oczy, kolorowe sny i kolorowe skrzydełka. Skrzydełka były małe i niepozorne, ale bardzo ładne – rosły i piękniały z każdym miłym słowem dla niej, z każdym ciepłym spojrzeniem czy dotykiem. Poprzednio mała mieszkała u starego, surowego czarownika, który nauczył ją paru sztuczek i czasami nie szczędził pochwał. Nie mogła się doczekać, aż skrzydła będą tak wielkie i barwne, aby unieść ją w powietrze – do Króla Słońce, do błękitu, chmur i szczęścia.

Teraz była smutna, bo czarownik umarł, a ona opuściła jego zamek na wzgórzu i zamieszkała sama na łące pod baldachimem z kwiatów. Budziła się rano, zlizywała słońce ze swoich dłoni i karmiła się nim jak miodem, słuchała pszczół, motyli i biedronek, które opowiadały jej różne historie i mruczały do ucha kołysanki, kiedy znużona pięknem zachodzącego słońca, otulona w jego barwy chodziła spać pod czujnym okiem Księżyca Księcia. Któregoś dnia dziewczynka udała się do lasu, nasycić się zielenią, świeżością i posłuchać śpiewu leśnych stworzeń. Dotarła do groty, ponurej, brudnej i wilgotnej, w której napotkała Smoka. Smok był miły, duży, jasny, trochę przygnębiony – więc zaprosiła go do siebie. Odtąd razem ze Smokiem oglądali wschody i zachody słońca, mówili „dobranoc” poczciwemu oku Księżyca Księcia, słuchali koncertów kolorów, uczuć i dźwięków, które przynosiła im ziemia, a królewna opowiadała mu wszystkie bajki, jakie znała i śpiewała dla niego wymyślane piosenki. Smok patrzył się na nią smutnym, niebieskim wzrokiem i prawie wcale się nie odzywał. Czasami ją dotykał, i wtedy na jaj skórze wyrastały duże, białe, mocno pachnące kwiaty, które jednak szybko więdły – a wtedy ona tęskniła za ich wyglądem i zapachem.

Któregoś dnia, kiedy serce przerosło dziewczynkę, powiedziała do niego:

- Mój kochany Smoku…

Było późne popołudnie, Król Słońce polewał ich miodem i owocowym syropem. Motyle śpiewały swoje tajemnicze pieśni.

- Mój kochany Smoku, nadszedł czas, żebym coś ci pokazała.

Dziewczynka klasnęła w rączki, a spod jej pulchnych dłoni wytrysnął deszcz wielobarwnych świateł – w drżącym powietrzu wyczarowała wielką kulę, która lśniła na złoto-granatowo.

Smok przyglądał jej się obojętnie, jak zawsze.

- Smoku, Smoku, to jest mój Kosmos – mówiła z przejęciem. – Czy chciałbyś do niego zajrzeć? – głos drżał jej ze wzruszenia, policzki płonęły. – Smoku?

Smok tymczasem ziewnął – i zniknął.

Następny dzień przyniósł deszcz. Czarny, zimny i ciężki. Musiała więc opuścić swój kwiatowy baldachim, który nie dawał jej już schronienia i poszukać dla siebie cieplejszego świata. Z ramion sterczały jej już tylko dwa szare kikuty, które ciążyły swym dziwnym smutkiem i bólem. Nie mogła nawet sięgnąć do tyłu, żeby jakoś sobie ulżyć. Skrzydła nie urosły, ani nie wypiękniały. Smok uważał, że wcale ich nie ma, i prawie w to uwierzyła. Ale teraz były, i były źródłem jej bólu i cierpienia.

Kiedy szła przez las, zajrzała do pieczary Smoka. Wydawała się jej jeszcze bardziej przerażająca i obrzydliwa niż poprzednio.

W jaskini, obok Smoka, siedziała chuda, siwa, pokryta włosiem pajęczyca, którą dawniej widywała od czasu do czasu, jak przemykała w cieniu chwastów i przyglądała się z boku jej i Smokowi, kiedy razem jedli lody waniliowe z gruszkami.

Nie odzywali się ani słowem i tępym wzrokiem wpatrywali się przed siebie, w ciemną ścianę pieczary. Nawet jej nie zauważyli.

I zrozumiała.

Nigdy nie wyprowadziła stąd Smoka. Nigdy nie byli na łące, nigdy nie spali razem, nie widzieli Słońca ani Księżyca.

Nawet nie wyszła wtedy z jego jaskini.

[ 17 kwietnia 2000]

 

photo-1431051047106-f1e17d81042f (3)

Bajka dla Smoka

 “Sex isn’t anything. It is the whole thing.

And if you are not careful, it can cut you wide open.”

(z filmu “Kinsey”)

 

Ciężki, alkoholowy sen odczuwałem niby ogromny, czarny głaz, który ktoś położył mi na twarzy.

Jezu.

Moja głowa. Jakby ktoś naładował ją błotem.

Obudził mnie kobiecy szept gdzieś z góry, spod sufitu. Wyraźnie go słyszałem, ale nie chciałem się zastanawiać, czy to jakiś fragment snu, czy zupełnie na jawie zaczęło mi odbijać.

Światło mogłoby mnie zabić. Zdawałem sobie sprawę, że to nawet nie ostre słońce, tylko ledwie szarawy kolor zimowego dnia. Było wyjątkowo ponuro – za oknem, na ulicach zalegały zbrązowiałe sterty czegoś, co było kiedyś śniegiem, odrapane kikuty czegoś, co mogłoby się okazać drzewami, słomiastozgniłe powierzchnie dawnych trawników. Z ołowianego nieba sączył się zimny deszcz. Miałem wrażenie, że ta dziwna, jesienna i podła zima nigdy się nie skończy.

Kiedy wstawałem, potrąciłem puszkę po piwie, których parę stało na podłodze. Ona poruszyła się niespokojnie, szarpiąc szarawą, mokrą jeszcze od potu pościel, ale nie obudziła się. Zaraz… jak jej było na imię?…. Nie mogłem sobie przypomnieć, kim ona jest, i czy jest tą samą osobą, która nocowała u mnie przedtem – im dłużej się zastanawiałem, tym bardziej bolała mnie głowa, i tym bardziej podłym facetem się czułem. Dotarłem w końcu do łazienki, słaniając się lekko na nogach, po drodze roztrącając porozrzucane na podłodze rzeczy. Cały parkiet był zasłany czarnymi ubraniami – pojedyncze, szerokie płachty na całej powierzchni mojego dużego, jasnego i kompletnie nieumeblowanego mieszkania. Moja czarna koszula. Mój sweter. Moja kurtka.

Jej bielizna. Jej sukienka. Jej płaszcz.

W małej, bladosiwej łazience z surowymi ścianami nie było niczego prócz lekko zardzewiałej wanny i starej umywalki, nad którą wisiało popękane, ułamane z brzegu lustro. Pod sufitem tkwiła żarówka na długim kablu. Małe pomieszczenie szczelnie, niczym industrialne macki, oplatały szare rury, z których odłaziła akrylowa farba. Na nich wieszałem schnące ubrania i ręczniki. W kątach zalegały wilgotne kłębki brudu.

Nie było dla mnie chyba bardziej przygnębiającego miejsca na świecie niż ta łazienka.

„Są gorsze miejsca i są gorsze sytuacje”, strofowałem się gorączkowo w myślach, patrząc na swoje odbicie w lustrze.  W nerwowym napięciu, na granicy fizycznego bólu zastanawiałem się, czy ONA nie będzie robić żadnych problemów; po prostu wstanie i zniknie, nie domagając się ani śniadania, ani numeru telefonu, ani nic takiego.

Pomimo fatalnego oświetlenia, zalewającego wszystko trupią poświatą, wydawało mi się że wyglądam kwitnąco – zupełnie jakbym nie spędził właśnie dwóch dni na piciu wódki. Pomimo tego, że zbliżałem twarz bardzo blisko do przybrudzonej tafli, bałem się podnieść oczy, aby przypadkiem w lustrze nie napotkać swojego własnego wzroku. Mógłbym oszaleć, gdybym dojrzał w nich fragment tego, co dzieje się w mojej głowie.

Nagle, zupełnie bezszelestnie, weszła do łazienki. Stanowczo, bez żadnego słowa, nawet na mnie nie patrząc, podeszła do umywalki, stanęła z boku, odkręciła wodę i obmyła twarz. Dopiero teraz mogłem jej się przyjrzeć…. Szczupła, wysoka. Ciemnoblond, długie, proste włosy. Duże, ciemne oczy. Przeciętna twarz. Była nago, zupełnie się nie krępowała, choć ciało miała zdecydowanie… była zbyt chuda. Musiałem być bardzo pijany, bo kompletnie nie była w moim typie.

Właściwie, trochę byłem ciekaw, co zrobi. Nie pamiętałem oczywiście zbyt wiele, niemniej jednak nietrudno było domyśleć się scenariusza wydarzeń ubiegłej nocy – a dziewczyna nadal nie odzywała się ani słowem. Trudno było mi określić, ile ma lat. Chociaż wielokrotnie bywałem już w podobnej sytuacji i miałem spore doświadczenie w radzeniu sobie z paniami opuszczającymi moje skromne progi, przy tym jej zaskakującym milczeniu głupio mi było spytać o cokolwiek.

Przyglądałem się, jak się ubiera. Prosta sukienka, czarny, gruby sweter. Wysokie, ciężkie buty. Kurcze, musiała być dość młoda, ale trudno było mi określić jej wiek. Chyba studiowała, ale coś w jej spojrzeniu mówiło, że raczej stara się wyglądać na mniej lat, niż ma faktycznie. Przyglądałem jej się w milczeniu, a ona ubrała się, uczesała i zaczęła się malować. Z plecaka wyjęła nieduże pudełeczko z lusterkiem, przypudrowała niestarannie nos. W ogóle nie patrzyła na mnie, zachowywała się zupełnie jakby nie było mnie w mieszkaniu.

Moje zdumienie sięgnęło zenitu, kiedy ubrała płaszcz i po prostu wyszła, nie spoglądając na mnie ani razu.

 

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

To nie był dobry dzień. W głowie mi pulsowało, miałem wrażenie że noszę w sobie bombę, która lada moment eksploduje. Ból głowy nie był normalnym bólem głowy na kacu. Bolały mnie mięśnie, łamało w kościach, mógłbym przysiąc, że mam gorączkę.

Czułem się bardzo dziwnie i niepewnie, próbując sobie przypomnieć, co działo się ostatniej nocy. Nie pamiętałem absolutnie nic. Nie pamiętałem, kiedy pojawiła się ta dziewczyna. Nie wiem nawet, czy faktycznie ze sobą spaliśmy, bo nie mogłem w pamięci odnotować najmniejszego seksualnego wrażenia. Pod wieczór czułem się już tak źle, że łyknąłem parę aspiryn i poszedłem spać.

Zobaczyłem z góry swoje mieszkanie. Niemalowane, brudne ściany. Jasna podłoga. Minimum sprzętów, duży materac w największym pokoju, zarzucony bezbarwną pościelą. Ja, śpiący, z mocno zaciśniętymi powiekami, obejmujący ramionami poduszkę. Przebiłem głową sufit, unosiłem się coraz szybciej i szybciej – tak, że obrazy które mógłbym zobaczyć, rozmywały się w barwną smugę. Zobaczyłem nagle dach, poczułem zapach smoły, zobaczyłem plątaninę kabli i anten, światła miasta w oddali, a potem coraz bardziej granatowe niebo i coraz więcej gwiazd.

Kiedy wokół mnie nastała absolutna cisza, zatrzymałem się.

Oddychałem spokojnie. Dawno nie czułem się tak dobrze. Czułem w sobie swój dobrze znany, trawiący mnie od środka ogień, ale czułem też spokój i siłę. Byłem ogromny, moje ramiona, niczym potężne skrzydła, mogły objąć cały świat. Moja skóra była gruba, niczym pokryta łuską.

Nagle jakby potężny wir wessał mnie gwałtownie z powrotem do mojego mieszkania. Wrażenie było tak niespodziewane, tak bolesne i tak niezwykłe, że wtłaczany na powrót do swojego ciała, poczułem wyraźnie każdy jego mięsień. Każdą żyłę, każdy centymetr skóry, każdą kroplę krwi. Jęknąłem, bo nagle sen zaczął podsuwać pod moje oczy obrazy, których chciałbym uniknąć.

Zobaczyłem kobiece ciało, wirujące w miodowym, przymglonym świetle: długie, rozwiane włosy, odsłoniętą szyję. Okrągłe piersi, świecące od potu, napięte, twarde sutki, błyszczące od lizania niczym cukierki. Jędrne, okrągłe pośladki, mocne uda, płaski brzuch o skórze lśniącej z pożądania.

Jej duże, ciemnoniebieskie oczy, które nagle otworzyła, z jej twarzą tuż pod moją twarzą. Topiła się niczym rozgrzany karmel, rozpływała niczym smuga lawy.

Czułem jej zachłanne usta na swoich, czułem jej dłonie na karku. Stałem w płomieniach. Płonąłem żywcem. Chciałem krzyczeć, i nie mogłem, duszony przez własną bestię. Moje ciało było już dla mnie za małe, i pragnąłem tylko tego, żeby się z niego wyrwać.

Kobieta pode mną jakby wiedziała, o czym myślę. Wygięła się w łuk, krzyknęła głośno, i z całej siły wbiła mi w plecy swoje długie paznokcie. Poczułem, jak krew zalewa mi łopatki, a ona pociągnęła z całej siły w dół i jednym wprawnym ruchem zdziera mi z pleców całą skórę.

Obudziłem się z krzykiem, zlany potem. Plecy paliły mnie żywym ogniem, a ból wciskał mi się aż do płuc. Pomimo tego, że pościel była już lepka, moja erekcja nie mijała. Miałem ochotę wyć niczym zwierzę.

Runąłem do łazienki i wcisnąłem głowę pod strumień zimnej wody. Z wolna się uspokajałem, choć czułem, jak moje serce ciężko dudni w piersi.

Dawno nie miałem takiego snu. Śniłem czasem, ale to były jakieś bzdury – nawet, jeśli śniłem o seksie. A to? Co to było? Pamiętałem każdy obraz, każdy zapach. Wyraźnie i ostro, aż do bólu. Pamiętałem jej dotyk ze snu. Pamiętałem smak. Pamiętałem to uczucie, kiedy…. Kiedy w nią wszedłem. Gorąco, wilgoć, i coś, co rozdarło mnie nagle na pół.

Jezu, moje plecy, moje plecy. Próbowałem obejrzeć się w lustrze, ale kiedy miałem wrażenie, że faktycznie dostrzegam na skórze z tyłu jakieś krwawe rany, uderzyłem w lustro pięścią, ostatecznie rujnując spękane szkło, ledwo trzymające się w ramie.

Potem siedziałem w kuchni, opatrując dłoń i okładając ramiona ręcznikiem, który wcześniej zalałem pod prysznicem lodowatą wodą.

Od tamtej pory sny nawiedzały mnie co noc. Zawsze było podobnie – wizje seksu zalewały mnie niczym stopiony na płyn metal, gorące i bolesne. Najpierw śniłem o lataniu, i nie było bardziej niesamowitego uczucia: poczucia siły, jedności z ziemią i niebem, nie wiem, jak to nazwać… W tych snach jakbym znał odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie musiało być pytań i nie musiało być odpowiedzi – ja po prostu WIEDZIAŁEM. Czułem się niczym naładowane czystą energią ogromne zwierzę, część jakiejś większej, kosmicznej mądrości, co więcej – czułem moc, moc zmieniania wszystkiego we wszystko, jeśli tylko tego właśnie będę chciał.

Jakże inne było to od tego, czego doświadczałem na jawie…. Prawdę mówiąc, moje życie było dość żałosne. Wbijałem się co rano w tani garnitur, szedłem do ponurego biura, i – jak przystało na osławiony trybik w maszynie – wykonywałem w wyznaczonym czasie ściśle określone czynności, których znaczenie nie do końca rozumiałem. Mijały lata, a ja odnajdowałem siebie prawdziwego – tego mężczyznę z czasów swej młodości –  wyłącznie w knajpianych wieczorach z kumplami z pracy, w hektolitrach alkoholu, między udami kolejnych kobiet. Podobały mi się coraz młodsze i młodsze… Kolejne dziewczyny przewijały się zatem przez moje łóżko, kolejne bezimienne – te same cycki i te same waginy, te same uda. Kształt piersi i kolor sutków zlewały się w jedno – miałem wrażenie, że to takie poręczne istoty, które z łatwością mogę zniszczyć, zranić i upokorzyć, w zemście za to, jakie jest moje życie i w rozpaczy z tego powodu, że świat nigdy nie zechciał mi sprzyjać. Dlatego najbardziej ze wszystkiego chciałem zapamiętać to niesamowite uczucie ze snu, zupełnie do tej pory mi obce – poczucie mocy, wiedzy, mądrości i posiadania wielkiego bogactwa. Pragnąłem nauczyć się je przywoływać, kiedy tylko zapragnę, żeby móc nim się karmić na co dzień – bo zaczynałem już tego wszystkiego za bardzo nienawidzić i coraz bardziej brzydzić się siebie. Nie potrafiłem jednak przypomnieć sobie niczego oprócz samego faktu, że o tym śniłem. W takich chwilach czułem jeszcze większy żal i ogromne rozczarowanie. Tak, jakbym otrzymał jakiś dar, czy prezent, czy skarb, ale nie mógł go w pełni wykorzystać. Jakbym nie znał właściwego zaklęcia do swoich własnych snów. Jakbym miał coś cennego i nie był w stanie z tego korzystać, nawet wtedy kiedy naprawdę było mi to potrzebne.

Zazwyczaj było tak, że kiedy śniłem, latanie nagle się kończyło, ale ja zostawałem z ogniem i potęgą. Wtedy we śnie pojawiała się Ona. Uderzałem się o ścianę, kiedy zamykaliśmy za sobą drzwi. Z pasją wyciskała na mnie ślady swoich dłoni, palców, ust, języka i śliny. Zszarpywała ze mnie spodnie, wpijała mi się w brzuch i chwytała mnie nabrzmiałego w swoje dłonie. W snach widziałem podłogę, zbliżającą się do mej twarzy. Drewnianą, obcą podłogę. Jej nagie ciało na tle drewna, światło kominka, kamienie. Bluszcz, oplatający na zewnątrz okiennice, na tle nocnego nieba – gwiazdy. Nie miałem pojęcia, skąd biorą się te wszystkie szczegóły, te scenerie, te pokoje. To cały czas była ta jedna dziewczyna, tylko wizje się zmieniały. Nie przypominały nic, co wcześniej mogłoby tkwić w mojej głowie.

Kamienne wzgórza, dzikie polany, łóżka, mieszkania, podłogi, kafelki, toalety w pubach. Muzyka, ciężka, mroczna, wibrująca gdzieś w tle mojej głowy i przecinająca nasz seks niczym światła stroboskopów.

Zdzierałem z niej ubranie, nie odsączając się od jej ust. Chwytałem mocno jej kark, aby ustawić pod sobą jej ciało, podciągnąć jej szczupłe kolana, albo przewrócić na ziemię i rozchylić mocno pośladki, wejść w nią i nie przestawać. Dochodziła niemal natychmiast, krzycząc głośno, zaciskając powieki, rozrzucając ramiona, tak, ze ledwo mogłem utrzymać jej ciało.

Sny były pełne scen, od których zapalałem się jak pochodnia. Pełno potu, pełno pulsującego w żyłach nadmiaru krwi, pełno rozkoszy – nadmiar rozkoszy, rozsadzającej czaszkę. Jestem pewien, że w czasie tych snów przekraczałem to, co było moim ciałem.

Budziłem się zawsze tuż przed orgazmem, absolutnie obolały, nie pragnący niczego więcej, niż to, aby spłonąć do końca. Nie chciałem myśleć o niej, nie chciałem myśleć o żadnych innych kobietach.

Nie chciałem myśleć i w ogóle, niczego już nie chciałem.

Mimo to czasem, kiedy kładłem się w nocy do łóżka w oczekiwaniu na sen, myślałem o tej dziewczynie – z tamtego poranka w moim mieszkaniu, i z moich snów. Czy my wtedy, czy my naprawdę…? Dlaczego ciągle mi się śni? Wyobrażałem sobie, jakby to było, kiedy faktycznie byłaby tu teraz ze mną, w moich ramionach. A potem tylko prychałem w odpowiedzi na swoje głupie myśli, sam siebie strofując się za takie idiotyzmy.

Którejś nocy obudził mnie hałas na zewnątrz; grzmiało. W ciemności słychać było moje serce i czuć było mój niepokój.

Rozejrzałem się po mieszkaniu, rozświetlanego raz po raz światłem błyskawicy zza okna. Coś było inaczej, coś innego unosiło się w powietrzu wokół mnie. Zaraz, zaraz…. Dziś nie śniłem. Dziś pierwszy raz od dawna nie było żadnego snu, ani o lataniu, ani o niczym innym.

Intensywny szum wiatru za oknem, i błyski. Burza.

Dziwny zapach. Elektryczności. Ognia. Palonej skóry?

Mój Boże, czy ja tracę rozum? Czy szaleństwo, które zawsze bez wątpienia czaiło się gdzieś na dnie mojego umysłu, właśnie zaczyna mnie pochłaniać?

Zerwałem się z pościeli, kiedy ktoś – do mojego mieszkania w starym bloku na czwartym piętrze – zaczął walić w okno. Za szybą, w ciemności, zobaczyłem czyjąś jasną twarz i zmroziło mnie ze strachu. „Docieplają ściany, tu są rusztowania” – starałem się myśleć racjonalnie, choć gorączka paniki zaczęła uderzać mi do głowy. Jakby to miało stanowić pocieszenie dla mnie i usprawiedliwienie dla kogoś, kto mógł się wspiąć na nie w samym środku nocy, kiedy właśnie zaczynała szaleć burza i lać deszcz, tylko po to, aby zapukać do mojego okna.

Przełknąłem ślinę. Mimo paraliżującego strachu – wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Wiedziałem, kto to.

- Miałam cię zabić.

Stała tam, i podniesionym głosem kobiety ze snów, lekko zachrypniętym od wysiłku, starała się przekrzyczeć głośny szum deszczu. Stała na drewnianym podeście prowizorycznego rusztowania, zmoknięta, ze strąkami mokrych włosów oblepiającymi jej wysokie czoło i szyję. Jej czarne, lśniące od deszczu ubranie oblepiało ją niedokładnie. Dziwne, pomyślałem wtedy. Ta kobieta pachnie mokrym pierzem.

- Kim ty, do kurwy, jesteś! – wrzasnąłem cienkim głosem, pełnym strachu, otwierając szerzej okno. Stałem przed nią, oddzielony jedynie murem do wysokości parapetu, nagi, z pierwszymi smugami deszczu na twarzy i ramionach.

- Pytanie, kim jesteś ty! – wrzasnęła on, zataczając się z wysiłku na śliskich od deszczu deskach. Trzęsła się z emocji, przytrzymywała się za kawałek pręta konstrukcji.

Oparłem się o framugi okna, pochylając się w jej kierunku. Nie widziałem jej wyraźnie, zasłaniały ją połacie deszczu.

- Kobieto!!! – wrzasnąłem – Kim ty, do diabła, jesteś, pytam ??? – Co ty ze mną robisz???? Co to za sztuczki, skąd się wzięłaś ??!!! Co więcej, patrząc na nią – słabą, słaniającą się od podmuchów wiatru, poczułem, że pojawiła się we mnie złość, która rośnie już szybciej niż mój strach.

I wtedy – ku mojemu niebotycznemu zaskoczeniu – dziewczyna zaczęła płakać.

Zaczęła płakać jak nastolatka, szlochając histerycznie, pocierając oczy wierzchem dłoni.

- Ja tylko chciałam odnaleźć skarb.

Zupełnie zdębiałem. W głowie miałem mętlik. Nie wiedziałem, co się dzieje. Właściwie było jedno wyjaśnienie – oszalałem. Tak, oszalałem.

Pociągała nosem, łez nie było widać na jej mokrej twarzy. Ale rozszlochała się na dobre.

- Chciałam znaleźć skarb!

- O czym ty, kurwa mać, mówisz?????!!!

Spojrzała na mnie z wyrzutem, wycierając nos nadgarstkiem.

- Tylko anioł lub wojownik może zabić smoka, nie wiedziałeś o tym?

No tak. To już koniec. Ocknę się jutro zamglony od leków, spętany pasami na jakimś oddziale psychiatrycznym. Czułem, że prędzej czy później właśnie to się stanie. Właściwie, było mi wszystko jedno.

Wylazłem przez okno na deszcz, a całe rusztowanie zakołysało się niebezpiecznie pod moim ciężarem. Usiadłem na zewnątrz, wprost na mokrych dechach, w smugach deszczu, z ciemnym, zachmurzonym miastem w dali. Niewyraźnie widziałem stąd ciemne bloki, rozświetlane od czasu do czasu błyskawicą, śliski od wody asfalt, mdłe latarnie osiedla. Spytała mnie o papierosa, więc wróciłem się do mieszkania, a potem na powrót wygramoliłem się przez okno do niej, w noc i deszcz. Zachłannie rzuciła się na mnie i wyłuskała papieros z wilgotnej już paczki.

Nie użyła ognia, żeby go zapalić, a jej papieros nie gasł w deszczu.

Byłem nago, ale nie czułem zimna. Czułem deszcz, ale nie czułem wilgoci. Ona nie zwracała uwagi na moją nagość. Chlipała od czasu do czasu, zaciągała się zachłannie papierosem. Nie była nawet specjalnie ładna. Patrzyła się gdzieś przed siebie i wyglądała na zrezygnowaną.

- Mówiono mi, że niewielu jeszcze takich zostało. Takich, co to strzegą tajemnicy. Mówi się, że strzegą skarbu. Że skarb to wiedza, jak wyzwolić z siebie całą posiadaną moc. Ale żeby tak się stało, zazwyczaj trzeba takiego ugodzić w serce, aby spłonął, a potem odkrył, co w sobie nosi.

Patrzyła na mnie, jak próbuję zapalić papierosa w deszczu. Z pogardą i czymś w rodzaju wyrzutu, że mi się nie udaje.

- Dla… dlaczego zabić? – wydusiłem z siebie. – I… jak?? Niby co, że w snach?

Westchnęła, nie kryjąc obrzydzenia moją osobą.

- Usiłuję zrozumieć, jak to z wami jest, ludzkimi mężczyznami. Mądrość kosztuje. Wiedza o tym, kim się naprawdę jest, boli. Kiedy walczysz albo kochasz, odkrywasz pogrzebane w sobie skarby. Tylko że ludzie już nie walczą, i nie kochają tak, jak kiedyś. Uważają, że to niebezpieczne. Bo to… zmienia wszystko.– mówiła zduszonym od pogardy głosem, nie patrząc mi w oczy, spoglądając cały czas na swoje buty.

Błysnęło.

Oblizałem wargi. Marzyłem o tym papierosie. Ona sobie paliła, a mój był mokry i pognieciony.

- Aa… czy ja… czy te sny… czy ja jestem jednym z nich? – wyjąkałem niepewnie.

Teraz dopiero się na mnie spojrzała – aż mnie ciarki przeszły. Widziałem, że aż ją zatkało na chwilę od tego mojego pytania.

- To prawda, co mi mówili.   – powiedziała w końcu, starannie dobierając słowa. – Mówili, daj sobie spokój, mała, nie jesteś w stanie mu pomóc, skoro sam tego nie chce. Ale ty miałeś w sobie takie pokłady bogactwa! Pomyślałam tylko, że wystarczy cię trochę obudzić, trochę ci pokazać, jak to jest. Jak to jest, kiedy naprawdę się kocha i się walczy, a seks nadawał się do tego najlepiej. Ale wy faktycznie niczego nie chcecie. Nie chcecie niczego odkrywać, za moc nie chcecie płacić bólem, bo tak jest wygodniej. Nie do wiary, że kiedyś wszyscy mężczyźni chcieli być bohaterami, aby ludzkość uwieczniała ich walkę z potworami, nie rozumiejąc, że bestia i mężczyzna to jedno i to samo. Teraz musimy was szukać jak ze świecą, a udaje nam się tylko czasami.

Nic z tego nie zrozumiałem. Jacy mężczyźni? Jakie bestie? Jaka ludzkość? O co jej, kurwa, chodzi?

Wgniotła niedopałek w metalową ramę, obok której siedziała, wolno podniosła się i pewnie stanęła na brzegu rusztowania. Wysoka, smukła, czarna. Popatrzyła na mnie ze spokojem i z wyraźnym smutkiem.

- No, to na mnie już czas. – westchnęła.

- … Czekaj….!

I rzuciła się w dół. Roztopiła się w deszczu i ciemności gdzieś parę centymetrów nad chodnikiem. Tak to widziałem, krzycząc, z góry.

 

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Wkrótce moje życie wróciło do normy. Przestałem śnić. Przestałem śnić w ogóle, teraz należę do ludzi, którzy mówią – nigdy mi się nic nie śni. Wróciłem do swojego zwyczajowego trybu: praca – imprezowanie – praca – imprezowanie.

O niej już nie myślę.

Czasami, choć rzadko, myślę  o lataniu.

 

[wiosna 2003]

dragon_slayer_by_klairedelys-d5abpvi (2)

www.deviantart.com by KlairedeLys 

Narodziny

I dream of rain
I dream of gardens
in the desert sand
I wake in pain
and dream of love
as time runs
through my hands
- Sting
” Tylko Bóg kocha nas prawdziwie. Wszystko inne to żądza i prywata.
                              – J. Winterson

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Byłam bliska odkrycia nowego boga, gdy ktoś z całej siły zaczął walić w drzwi. Więc teraz, zamiast swojej uświęconej ciszy, słyszałam głuche dudnienie i ludzki, podniesiony głos. Nie mogłam rozpoznać słów, ale wzburzone emocje docierały do mnie falami, przez zamknięte drzwi łazienki, emaliowaną ścianę wanny, okrywające mnie masy wody. Poruszyłam się gwałtownie, a ciecz wokół zafalowała niczym gęsta, oleista, zaniepokojona nagle istota. Zniknął otaczający mnie spokój, znowu odbierając nadzieję na zrozumienie tego uporczywego szeptu, brzęczącego ciągle nad moim uchem, którego strzępy znaczeń niekiedy do mnie docierały – niewyraźne, niezrozumiałe. Pod wodą ten cichy głos stawał się jakby wyraźniejszy. Wydawało mi się, ze jeśli tylko uda mi się dostatecznie uspokoić oddech, uciszyć szum krwi, spowolnić bicie serca, będę w stanie go usłyszeć.

Szybko podniosłam się z dna wanny, przebijając powierzchnię wody jak delikatną błonę płodową. Moje długie włosy, które pod nią otulały mi szyję i twarz jak miękka chusta, teraz lepiły się do skóry niczym cienkie, oślizłe węże. Z cichego, miękkiego świata wynurzałam się w brudną, zbyt jasną i wyraźną jak ostrze rzeczywistość.

Tłukła pięściami w drzwi, wrzeszcząc niemiłosiernie, wyrzucając z siebie strugi głośnych żalów.

- Do jasnej cholery, wyłaź wreszcie z tej wanny!!! Albo daj znać, że żyjesz, że wszystko z tobą w porządku, przecież ja tutaj odchodzę od zmysłów!! Blokujesz łazienkę na całe godziny, przecież to można szału dostać! Ja też potrzebuję się umyć od czasu do czasu, ale ty, jak zwykle, myślisz tylko o sobie!!

Otworzyłam jej szybko drzwi, naga i ociekająca wodą. Stała tuż przede mną – chuda, blada, zdenerwowana. Chyba trochę speszył ją widok mojego potężnego, brązowego, błyszczącego ciała.

- No wiesz! – uciszyła się, przyglądając mi się uważnie. Choć usłyszałam wyrzut w jej głosie, czułam, jak łagodnieje, jak jej głos nabiera lepkości i niepewności, kiedy taksuje mnie wzrokiem. Choć starała się patrzeć mi w oczy, jej spojrzenie wędrowało od moich obojczyków i piersi po uda, brzuch i mój wydatny, owłosiony wzgórek. Czułam ją niczym plamy ciepła na ciele.

- Przesadzasz z tymi kąpielami. – mruknęła z wyrzutem, niedbale poprawiając ręczniki, spoglądając od czasu do czasu w bok, jakby nie chciała już eksplorować mojej posągowej, wilgotnej nagości, tak bardzo wyrazistej i ciemnej w tej jej pastelowej, brzoskwiniowej łazience.

- Spędzasz w tej wannie całe dnie i noce. Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co się z tobą dzieje? To chore! Wcale nie jest tak gorąco, jak sobie wmawiasz. – przemawiała do mnie łagodnie jak do dziecka. – Nie znam nikogo, kto robiłby z upału taki dramat, jak ty. – dodała jeszcze, wycofując się, obrażona, w głąb mieszkania, zamykając za sobą drzwi.

Wytarłam się szybko ręcznikiem, wygładziłam ciało pomarszczone od długiej kąpieli, nacierając je wolno i starannie schłodzoną oliwką. Słyszałam, jak ona krząta się w kuchni, a przez ciszę naszego mieszkania pobrzękiwały delikatnie szkło i stal. Włączyłam telewizor – pstryknęło głośno i od razu rozbłysło mocne, drżące światło, zalewając naszą domową ciemność elektrycznym błękitem. Rzuciłam się na łóżko i przylgnęłam z przyjemnością do miękkich, białych poduszek, które na tle jednolitych kolorów z ekranu wyglądały niczym góry fiołkowego kremu mascarpone. Całe szczęście, że pościel jeszcze nie wyschła, odkąd ostatni raz polałam ją zimną wodą.

W telewizji były akurat wiadomości – kolejne rekordy temperatur, liczba udarów i poparzeń słonecznych, susza, pożary i ewakuacje, obrazy zdychających z pragnienia dzikich zwierząt i płonące połacie lasów. Na świecie panowała rozpasana, biała, bezkarna bestia – upał.

Nienawidziłam upału; sprawiał, że dni były zbyt suche i gorące, żeby żyć normalnie. Wszystko wysychało. Deszcz nie padał od dłuższego czasu. Nie mogłam sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatni raz czułam w powietrzu szumiące sznury wilgoci albo krople z nieba na skórze. Wydawało mi się, że od tamtej pory minęły wieki – a ja żyłam suche stulecia, powoli stając się zakurzoną od gorąca mumią, otępiałą i spowolniałą od temperatury i ciężaru drżącego powietrza.

narodziny piechnik

rys. Paweł Piechnik

Z wody zostałam stworzona i w wodzie się urodziłam. Uważam, że mimo wszystko jest na tym świecie parę świętych rzeczy: rzeczy mających w sobie skończoną czystość, rzeczy pełnych krystalicznej doskonałości, spokoju i dostojeństwa. Tak jak woda, w której zanurzenie się wystarczy, aby stać się tylko i wyłącznie oddechem, lekkim i przezroczystym. Rozkładam wtedy wolno ramiona i czuję, jak moja dusza zamienia się w srebro. Mój nieznany bóg zaczyna wtedy do mnie przemawiać, cicho i niewyraźnie. Nie ma jednak na tyle cierpliwości, żeby skończyć, zanim ja zdążę go w końcu usłyszeć.

Kiedy zachodziło słońce, wielkie i brązowe, robiło się trochę chłodniej i czasami wychodziłam z domu. Wbrew jej protestom, brałam samochód i od razu otwierałam wszystkie okna. Jeździłam szybko, nerwowo i nieostrożnie, a ona nie znosiła, kiedy prowadziłam – zwłaszcza, kiedy wybierałam się gdzieś sama. Odjeżdżałam spod domu z piskiem opon, wzniecając tumany kurzu, żeby jak najszybciej wyjechać z miasta. Kiedy widziałam już, jak jego światła nikną w oddali w gęstym, nocnym powietrzu, zatrzymywałam auto, wysiadałam, i szłam długo boso po suchej, piaszczystej drodze, brodząc w obłoczkach jasnego pyłu.

Chodziłam do kościoła pomodlić się o deszcz.

Kościół odkryłam jakiś czas temu, właśnie podczas jednej ze swoich wypraw w nieodległe nieznane. Tak naprawdę nie wiedziałam, czy to był kościół, ale w myślach lubiłam go tak nazywać: był to duży, zniszczony budynek bez połowy jednej szarawej ściany i kawałka dachu, jakich wiele można było znaleźć wokół miasta. Jego pozostałości tkwiły dumnie wśród uschniętych resztek drzew i krzaków, w sporej odległości od drogi, gdzie zazwyczaj zostawiałam samochód. Przez wielkie, żelazne, półotwarte drzwi wchodziło się do przestronnego pomieszczenia, gdzie walały się kupy gruzu i drewna, a na samym środku leżał potężny pień złamanego drzewa. Suche korzenie sterczały wokół niego niby smutna korona, wbijając się w powietrze niczym martwe, poskręcane macki. W wielkich oknach tkwiły resztki wypłowiałych witraży, które rozpraszały światło księżyca, wpadające do środka.

narodziny 2 piechnik

rys. Paweł Piechnik

Lubiłam tu przychodzić. Wyobrażałam sobie, że połknęłam samą siebie i że jestem w swoim wnętrzu. Powietrze było tu inne niż gdzie indziej – starsze, nieruchome i bardziej poważne.

Nie bardzo wiedziałam, jak się zachować, w końcu tego starego, męskiego boga – o którym czasem tylko niektórzy wspominali mimochodem – nie znałam zbyt dobrze. Stawałam na środku, zamykałam oczy, podnosiłam wysoko ręce. MODLĘ SIĘ O DESZCZ.

Próbowałam wyszeptać swoją prośbę, ale częściej powtarzałam ją w myślach – powtarzałam, i powtarzałam, licząc na to, że się mną znudzi i dla swojego świętego spokoju nagrodzi mnie za moją wytrwałość.

Nigdy nic się nie działo. Może nie słyszał mnie, albo nie rozumiał?

W końcu byłam niemową, niczego nie mogłam wypowiedzieć na głos.

Kiedy wracałam do domu, ona zazwyczaj płakała. Leżała na naszym wielkim łóżku i tuląc się do poduszki, łkała głośno, otaczając głowę chudymi ramionami.

„Nie chcę już żyć. Jestem pusta w środku. Cały świat jest wybrakowany. Nie mam nikogo, kogo naprawdę mogłabym mieć.”

Czasami wpadała w szał i krzyczała przez łzy:

„Nawet ty mnie nie kochasz, ty samolubna kurwo! Nie rozumiesz mnie w ogóle! Mogłabyś się chociaż raz odezwać, rozmawiałybyśmy, słuchałabym ciebie! Ale ty w kółko ten deszcz i deszcz, niech do cholery zacznie padać, może wreszcie przemówisz!”

Czekałam, aż się uspokoi, i usypiałam ją w swoich ramionach – zmęczone bezsensowną histerią dziecko. Jej oczy były pełne pustki i bólu, szeptała: „Na świecie nie ma ani kropli miłości”.

„Na świecie nie ma ani kropli miłości.” – potwierdzałam jej słowa w myślach. – „Na świecie nie ma ani kropli, na świecie nie ma ani kropli, ani kropli. ANI KROPLI.”

 

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Ludzie bardzo ją lubili. Pomimo jej nerwowości, zmiennych nastrojów i złośliwości, przyciągała innych do siebie w dość dużych ilościach. Przeszkadzało mi to, ponieważ ludzie w naszym najbliższym otoczeniu byli zagrożeniem dla mej upragnionej ciszy. Z drugiej strony, było to dla mnie zastanawiające – nie było w niej nic stałego, nic, na czym można byłoby się oprzeć, czemu można byłoby zaufać. Rozsiewała wokół siebie niepokój jak zarazki jakiejś groźnej choroby. Była brzydka, kapryśna, wymagająca i neurotyczna, ale przy tym nadzwyczaj uczuciowa i uzależniona od adorującego ją towarzystwa. Ja natomiast byłam spokojna, powolna, raczej stroniłam od innych – no i nie mówiłam. Pomimo moich ewidentnych deficytów, bardzo utrudniających mi funkcjonowanie w skomplikowanej rzeczywistości, to ona zawsze wydawała się osobą z o wiele większymi problemami i bardziej naznaczoną niezrozumiałym dla mnie bólem. Może to tajemnicze cierpienie przyciąga innych? Czekanie z niepokojem na coś, czego nawet nie można nazwać? Bo ciągle czekała na coś nieuchwytnego – czekała tak, jak ja na swój deszcz. Czasami mówiła mi o tym przez całą noc, leżąc przytulona do mego boku. Obejmowałam ją ramieniem, gładziłam jasne, cienkie włoski, długą szyję, chude ramiona, wystające obojczyki i żebra. Patrzyła błyszczącym, nieobecnym wzrokiem, jej ostre rysy na zbyt szczupłej twarzy wygładzały się nieco. Pochylała się wtedy nade mną i całowała mnie w usta, a ja czułam każdy drgający pod jej cienką, bladą skórą nerw. Wzdychała i mówiła: „Jesteśmy razem od zawsze, ale nawet ty nie możesz mnie uratować.” To było jak zaklęcie – wyciągałam wówczas do niej swoją mocną, brązową od opalenizny rękę, chwytałam ją pewnie za kark, wolno odchylałam głowę do tyłu, lekko ciągnąć za włosy. Chwytałam ją pod biust, zamykając w dłoniach jej małe, twarde piersi z czekoladowymi, małymi sutkami, sięgałam ustami do jej ramion, sterczących żeber, a ona wyginała się w łuk, chwytając nasze mokre prześcieradła i jęcząc głośno. Często zawodziła coś niezrozumiale, jakbym przeniosła ją w jakąś inną rzeczywistość, do jej własnego, ciepłego świata. A ja wnikałam w nią, śliniąc każdy centymetr jej jasnej jak wanilia skóry. Mój język był silny i giętki. Chwytałam ją pod pośladki, unosiłam lekko, dotykałam ją między płatkami, snułam się ustami po wnętrzu jej ud, aby w końcu wessać się w nią najbardziej, jak tylko potrafiłam. Sięgałam w nią tak głęboko, że w opuszkach palców, mokrych i lepkich od jej soków, czułam jej bijące nierówno, oszołomione serce.

Krzyczała i rzucała się, a ja starałam się przytrzymać ją swoimi silnymi ramionami. Miałam wrażenie, że zaraz odfrunie mi z łóżka. Wkrótce uspokajała się na tyle, że zaczynała pochlipywać, co zrzucałam na karb smutnego powrotu do świata, w którym orgazm właśnie się skończył. „Nie wiem, po co nam to wszystko.” – szlochała. „Sięgamy do samego środka ciała, a nasze wnętrze pozostaje nietknięte”.

Oczywiście, że miała rację. Pomimo tego, że kochałyśmy się w mokrej pościeli, całe ociekając śliną i śluzem, cały świat jest naprawdę s u c h y. Nie pozostała nam ani kropli miłości.

 

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

W swojej wielkiej łaskawości spojrzałem na dwie istoty na jednym z nędzniejszych światów, który nie tylko dawno o mnie zapomniał, ale też nie zadał sobie trudu, aby nadać mi nowe imię. Wznosiły modlitwy – ta jedna na głos, bezwiednie, ta druga – w ciszy i świadomie. To zmusiło mnie, żebym w końcu zaczął na nie patrzeć.

Obie były wzruszające, takie bezradne, przerażone i samotne. Zacząłem je słuchać jakiś czas temu; do jednej z nich, tej o pięknych, zwierzęcych, ciemnych oczach, zacząłem nawet po cichu przemawiać, aby próbowała mnie odnaleźć. Zbliżała się coraz bardziej, nigdy jednak nie pozwoliłem jej przekroczyć bezpiecznego dystansu. Nie chciałem zostać ponownie odkryty, obciążony znów masą niepotrzebnych, nużących obowiązków. To było dość zabawne – taka gra w chowanego. Obserwowałem je z coraz większym zaciekawieniem, a ich modlitwy nie pozwalały mi odejść. To stawało się męczące, a poza tym czułem się coraz bardziej zażenowany. Nie chciałem być świadkiem och obnażenia, czuć ich bólu, tęsknoty, nie mogłem znieść tego bezustannego wyczekiwania. Wiedziałem jednak, że ani planeta, na której żyją, ani one same, nie przetrwają długo, jeżeli nie zostawię na nim chociaż cząstki siebie. Ten świat potrzebował nowego boga i nowej religii, nazwanej jakkolwiek – miłością, mądrością, światłością, nie miało to żadnego znaczenia; czy były to drzewa, drewniane posągi, woda, wiatr albo deszcz, albo wszystko naraz… to nigdy nie miało znaczenia. Musiałem tylko wypełnić tę pustkę.

Którejś nocy, kiedy widziałem je z góry, a każdej z nich po policzku spływały te same łzy, nie wytrzymałem dłużej i sprawiłem, aby każda dostała to, czego chciała. Potem mogłem już odejść, nie niepokojony dłużej przez ich modlitwy, zostawiając ich świat pod dobrą opieką.

 

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Pewnego dnia spadł deszcz. Huragan zerwał dach z naszego domu. Krzyczałam ze szczęścia, widząc, jak pod strugami gwałtownej ulewy mdły świat nabiera barw i głębi; jak staje się soczysty i jak wypełnia go upragniona wilgoć. Stałam naprzeciw deszczowego nieba, w naszym zniszczonym domu jak pod dziurawym parasolem, a mój potężny, wysoki głos unosił się pod ciemnoniebieskie chmury. Gdzieś obok słyszałam ją. Wirowałam w środku wiatru, czułam rozkosz i dreszcze, których nigdy dotąd nie zaznałam. Powietrze gęstniało i zmieniało się w wodę, która otulała mnie niczym miękki, mokry aksamit. Zanurzałam się coraz głębiej, unosząc się w metalicznej, błękitnej, szemrzącej otchłani ciszy. Nagle poczułam świętość wpełzającą przez usta do mojego wnętrza. Podniosłam głowę i ponad powierzchnią spienionej wody zobaczyłam oczy mojego boga.

Tyle tylko, że on nie patrzył na mnie.

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Teraz ona leży w łóżku i ogląda telewizor, a ja robię jej herbatę. Dach mamy już od dawna naprawiony. Nie przestaję mówić, moje gardło jest silne i mokre. Opowiadam jej o wszystkim, o wszystkim, o czym myślę, i co czuję. Świat bardzo się zmienił. Dla nas. Spogląda na mnie, jest spokojna, piękna, uśmiechnięta, wreszcie nie taka przeraźliwie chuda. Jest szczęśliwa. Obejmuje dłońmi swój ogromny, okrągły brzuch. Swój niepokalany, dziewiczy brzuch z dzieckiem w środku.

[wrzesień 1999]

rain_by_kle_mquiet_sleep_by_kle_mhalves_3_by_kle_m

by kle_m (deviantart)

Pachniesz wiatrem

- Pachniesz wiatrem.

Tak bym powiedział, gdyby wróciła do domu. Wychodziła co wieczór, na spacer z psem – wychodziła w ciemność, wiatr i deszcz, z rozpuszczonymi włosami, które potem uwielbiałem wąchać, nasiąknięte wilgocią i zapachami nocy z zewnątrz. Wracała pełna uniesienia, zarumieniona, pachnąca; ja nalewałem wino, całowaliśmy się, a potem całą noc kochaliśmy się w ekstazie, w pościeli, upojeni, oddając sobie nasze ciała we wzajemne władanie.

starrynight by poisonapple

 

Któregoś razu po prostu nie wróciła. Zacząłem odczuwać niepokój, kiedy jej spacer się przedłużał. Był środek nocy, kiedy zadzwoniłem na policję. Ponieważ mieli przyjechać dopiero nad ranem, wziąłem ze sobą dużą latarkę i wyszedłem w ciemność.

 

 

 

Padał deszcz, ale było dość ciepło. Światło latarki przecinało mrok jasną pręgą, w której wyrastały zasieki mokrej ziemi, szarawe fragmenty drzew, blask z powierzchni kałuż. Czułem narastające zdenerwowanie. Tak bardzo liczyłem wtedy, że zapędziła się gdzieś dalej niż zwykle. Że zabłądziła. Że cokolwiek. Że zaraz zobaczę w ciemności jej jasną kurtkę, że usłyszę szczekanie psa.

 

Właśnie…. Najpierw znalazłem psa.

 

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

– Pachniesz wiatrem.

Bez tytułu (2)

kiss by encrypted sanity

Tak by powiedział, gdybym wróciła do domu. Przyniosłabym ze sobą zapach ciemnej nocy, ciepłego deszczu, mokrego wiatru, przyniosłabym ze sobą dziwny, jesienno – zimowy posmak wilgoci, ziemi i liści. Potem wtuliłby swoją twarz w moje rozwiane, długie włosy, oddychałby głęboko, pocałowałby mnie mocno w zimne usta. Siedzielibyśmy przytuleni do siebie, słuchali muzyki, długo rozmawiali i pili wino. Potem kochalibyśmy się całą noc, wierząc, że nasza krew zamienia się w złoto i kryształy, że nasza skóra topi się niczym lawa.

 

Tak byłoby, gdybym wróciła.

 

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Wychodziłam na spacer z psem, jak co wieczór. Nasz dom, nieduży i przytulny, stał w szczerym polu, tuż pod lasem. Jak co wieczór, miałam dojść wydeptaną ścieżką do ruin starego młyna w oddali, a potem wrócić na przełaj przez bagnistą, dzika łąkę. Znałam tą drogę na pamięć, nie przeszkadzała mi ciemność, wyczuwałam każdy wykrot, kałużę, dziurę w ziemi, kępę trawy, idealnie lawirując między nimi i biegnąc za sadzącym susy psem – przez czarne błoto i czarny mrok.

Ale wtedy nie wróciłam do domu, do niego. Nie wróciłam, i teraz siedziałam na skraju spadzistego dachu, obejmując ramionami kolana i wdychałam noc – niemal identyczną jak wtedy tamta. Tak samo mokrą, ciemną, wilgotną, pachnącą. Taki sam wiatr rozwiewał moje długie włosy. Rozwinęłam czarne skrzydła nad swoim nagim, ozdobionym wzorami ciałem. Podobnie jak wtedy, on był sam w domu – i czekał.

Tylko ja już nie byłam taka sama. Mogłam już widzieć w ciemnościach, ale nie widziałam ruin, nie widziałam bezkresnego pola i drzew za naszym domem. Widziałam ocean, przelewający się w dole. Ocean, który zlewał się z niebem. Ocean wszystkiego, kosmos zapachów, kolorów, szeptów, szumiący niczym barwna otchłań niemal po moimi stopami. Ni to ogień, ni woda, ni ziemia, nie powietrze. To ja byłam teraz panią żywiołów. Mogłam rzucić się głową w dół i unieść się nad powierzchnią lub zanurzyć się w tych aksamitnych, miękkich odmętach, mogłam być statkiem na ich wodach lub rozpuścić się w nich niczym tlen.

 

Ale wtedy… Tamta noc….

Ciekawe, ludzie sądzą, że dobre życie gwarantuje dobrą śmierć.

A jest dokładnie odwrotnie.

 

05d7803e4b33b20d3e9ca813de1dcb69Mogłam zmienić czyjeś życie. Wystarczał szept. Wystarczał mój oddech nad czyimś śpiącym czołem. Mogłam zmieniać sny i uczucia. Mogłam sprawiać, ze ludzie pragnęli, tak, jak nie byliby w stanie pragnąć nigdy w życiu. To, że byłam teraz tym, kim byłam, i mogłam być gdziekolwiek zechciałam, stało się tylko dzięki temu, co spotkało mnie tamtej nocy. Pamiętam to jak dziś – kiedy unosiłam się znad swojego ciała i znad ziemi, na moich plecach wzdłuż kręgosłupa sam zaczął wykwitać tatuaż, trawiąc mą cienką skórę słodkim ogniem, wypalając krwawe ślady tego, kim miałam już pozostać na zawsze. Czułam to – płomienie, strumienie, smugi, ornamenty wijące się w górę, od pośladków i bioder po mój kark. Ból, który wyrastał z gorącej rany między udami. Wzór świecący w ciemnościach. Światło w mroku, światło znad kałuż, znad asfaltu, spod obłoków, które sine zalegały nad zachmurzonym niebem.

Urosły mi skrzydła. Urosłam, i stałam się i oceanem, i kosmosem. Mogłam wszystko. Dosłownie wszystko. Być gdziekolwiek i kimkolwiek, czuć cokolwiek, mieć cokolwiek. Jakkolwiek.

 

Wiec tak to wygląda, kiedy człowiek staje się bogiem.

 

 

Mój samochód

Są takie dni, kiedy człowiek pachnie wyłącznie metalem. I tym zapachem wypełnia szczelnie nieduże, nagrzane wnętrze samochodu. W takich sytuacjach, wypełnia mnie również muzyka. Wynurzam się powoli  z parkingu, schowanego pomiędzy ciemnymi podwórkami, wprost na ostre światło poranka. Mam wrażenie, że w płynę  w jedności ze swoim samochodem, unosząc się nad asfaltem w kierunku zimnej tarczy słońca, które pochłania sobą siny horyzont.

Kiedy wychodzę z pracy, mam do przejścia długą drogę, zanim z powrotem wsiądę do samochodu. Brnę po błocie, zanurzona zamszowymi butami po kostki w mokrym piachu, aż w końcu wieszam się na drzwiczkach i wtłaczam się do środka niczym do ciepłego kokonu. Po chwili ruszam wolno, a samochód kołysze się na miękkich, nasączonych wilgocią wybojach. Jadę wzdłuż ściany lasu na wąskiej, wyboistej betonowej dróżce, a kiedy dróżka się skończy – ustawiam się do skrętu w lewo. Wtedy uchylam okno, puszczam głośno muzykę i mam parę chwil dla siebie. Ze wszystkich stron otaczają mnie drzewa.

Tuż przy zakręcie leży solidny kawał pnia, przy którym zazwyczaj siedzi jakaś dziewczyna. Najpierw myślałam, że umawiają się tutaj na podwózkę ludzie wracający z pracy, bo w pobliżu jest sporo firm – w szklanych biurowcach i blaszanych halach pomiędzy polami i lasem – aż ktoś mi powiedział, że przychodzą tutaj prostytutki.

Zdziwiło mnie to niepomiernie.

Było ich dwie i wystawały tutaj na zmianę. Trudno powiedzieć w ogóle, że stały. Zazwyczaj któraś z nich siedziała na pniaku i nawet nie wpatrywała się w drogę. Paliła papierosa i zainteresowaniem rozglądała się po okolicy. Opuszczałam szybę i zerkałam na nią niepewnie, a  Jared Leto krzyczał „We are the children of a great empire and we will, we will, we will rise again!”, kiedy ona podnosiła głowę, żeby spojrzeć mi prosto w oczy.

Obie były dość młode, ubrane wyzywająco, lecz w stylu sportowym. Nie różniły się za bardzo od dziewczyn spod bloków – tak samo jak tamte, nosiły ciężki makijaż, bluzy z kapturem, podróby konwersów i krótkie, dżinsowe, krzywo obcięte spodenki, spod których koniecznie musiał wyleźć niezgrabny pośladek. Każdorazowo lustrowałam je starannie, zaskoczona ich nieco niechlujnym wyglądem i znaczącą tuszą. Moi koledzy całe życie mi powtarzali, że „grube laski” nie budzą pożądania, stąd wbiłam sobie do głowy, że męski seks w żaden sposób nie mógłby się wiązać z dziewczyną nierównomiernie wypełnioną białym, tłustym ciałem. A tu proszę – siedzi sobie, zajmuje się czekaniem, jest lekko uśmiechnięta i całkiem zadowolona z siebie.

Patrzyłam na nią, autentycznie zaintrygowana, zastanawiając się, jak może wyglądać jej życie. Ja, kiedy bladym świtem dzwoni mój budzik, unoszę się nad poduszką i najpierw całuję swojego mężczyznę, który w jasnej pościeli wygląda niczym śpiący ptak. Parzę kawę, wbijam się w swoje biurowe ciuchy, zakładam jeden ze swoich trzech zegarków, starannie wybierając jego kolor (czy dziś czarny? czerwony? czy beżowy?); wsiadam do samochodu, wychodzę z samochodu, wsiadam do samochodu, wysiadam z samochodu, mój wieczór przy komputerze. Zachodzę w głowę, jak wygląda jej codzienność? – i (wbrew pozorom) nie mogę  wyobrazić sobie żadnych szczegółów.

Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, że dziewczyna patrzy na mnie dokładnie w ten sam sposób, z  ciekawością taksując mnie wzrokiem. Wówczas zaczynam myśleć o tym, co też takiego ona widzi z perspektywy tego swojego pniaczka, kiedy  – zaledwie kilka metrów ode mnie – zerka na mnie. Czy kiedy widzi moją czarną główkę w środku malutkiego, wiśniowego samochodu, huczącego od muzyki, zastanawia się, jak może wyglądać MOJE życie?

W końcu następuje ten moment, kiedy na drodze przede mną sznur aut przerzedza się na tyle, abym  mogła skręcić. Odczepiam więc od niej wzrok, starannie badam szosę tonącą między połaciami lasu – w prawo, w lewo, w prawo, włączam migacz i ruszam przed siebie.

Często wyobrażam sobie, że wjeżdżam w wielką, rozpędzoną ciężarówkę. W powietrzu wybucha różowy deszcz małych kawałków moich kości i mięsa, a ja w spokoju spoczywam na dnie ciemnozielonego oceanu, tuż obok Boga.

sam (2)

Skrzydła

Miałem niezbyt udany dzień. Dusiłem w sobie niechęć do świata, do ludzi, do życia. Siedziałem w głębokim fotelu, ze szklanką grzanego piwa w dłoni. Płyn rozgrzewał mi myśli i przełyk, przyjemnie rozleniwiał. Pod wyciągniętymi nogami szeleściła dzisiejsza gazeta z nader kuszącymi wiadomościami o kolejnych podłościach tego świata. Na ekranie telewizora migotały szczupłe, opalone kobiety o piersiach i pośladkach z głębi męskich marzeń. Za oknem szalała późna jesień, mszcząc się za ludzkie wygody i ciepło w domach ostrym deszczem i zimnym wiatrem na zewnątrz.

Mdłe światło z telewizora rozpraszało jej kontury. Cienka koszulka jakby z premedytacją spełzała jej z ramion. Obrócona do mnie tyłem, tuż przed telewizorem siedziała mocno pochylona na taborecie. Łokcie opierała na kolanach i mruczała coś do siebie. Popatrzyłem z niechęcią na jej blady kark, przebiegłem wzrokiem po jej zmęczonej sylwetce i poczułem, że muszę wyjść.

W łazience było chłodniej i przyjemniej. Mimo to nawet tutaj nie mogłem uwolnić się od jej obecności. Jakieś perfumy, kosmetyki, mydła… Spojrzałem na swoją twarz w lustrze i dałem jej dobra radę: „Każda kobieta jest ciekawsza od twojej własnej”. Poczułem się znacznie lepiej.

 set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)dlaczego znowu wychodzisz
błagam cię
znów cię nie ma
umieram tak za każdym razem
przecież wystarczy że cię we mnie nie ma
a ja już tak bardzo tęsknię
że kosmos staje się niczym
nie ma żadnego światła
żadnego zapachu ani dźwięku
tylko stare spleśniałe nieznane groby
których tak bardzo się boję

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Znowu, do diabła, spóźniłem się na autobus. Na dworze było zimno, szaro i nieprzyjemnie, poza tym nie bardzo miałem ochotę wracać do domu, do niej, więc postanowiłem wejść do kawiarni.

Było tłoczno, ale przytulnie. Piękna kelnerka przyniosła mi filiżankę cappuccino i czarodziejsko się uśmiechnęła. Zrobiło mi się jeszcze przyjemniej, jakaś dziewczyna mówiła za moimi plecami do swojego mężczyzny: – „Tęskniłam za tym, żeby znaleźć się tu z tobą i wypić najlepsze w mieście martini…”. Zaraz, zaraz. Wczoraj z nudów przespałem się ze swoją kobietą i też chyba mówiła coś o tęsknocie. Dziwne istoty, doprawdy, z tych bab – nie wiadomo, o co im chodzi.

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Stałem nad ranem pod drzwiami swojego domu i próbowałem trafić kluczem do zamka. Powietrze dookoła fruwało i owijało się wokół moich kostek. W głowie zakwitały mi kolejne i kolejne erotyczne obrazy. Usta tej kelnerki były miękkie, namiętne i soczyste. Cała pachniała czereśnią…

Jakoś wsunąłem się do środka. Skulona, siedziała w podkoszulce pod ścianą, samotna i przerażona jak zwierzątko. Ziewnąłem, byłem zmęczony i bardzo chciało mi się spać. -„Gdzie byłeś”- prawie nie dosłyszałem, tak cicho mówiła. Nie czułem się zobowiązany jej czegokolwiek wyjaśniać, nie chciało mi się je nawet upokorzyć, czy coś takiego. Najlepiej w ogóle, żeby jej nie było. – „Pomóż mi. Coś złego się ze mną dzieje. Nie było cię całą noc, a ja płakałam z bólu i strachu.”. Zsunęła koszulkę i pokazała do tyłu palcem. Zapaliłem światło. Pod łopatkami miała ogromne, sine guzy z krwistymi naleciałościami.

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)Wszystko się zmienia. Wszystko, co było dobre, zmienia się i nigdy nie powraca. Zostaje tylko żal. Zostaje poprute serce trzepocące na dłoni, które można komuś zostawić na poduszce i odejść niezauważonym.

Jak mam go witać, jak mam go żegnać, żeby do mnie wracał? Co jest moim grzechem, tak wielkim, że nie można go wybaczyć? Czuję coraz więcej, on czuje coraz mniej. Płaczę, marznę, czekam, godzę się. Bóg nie powinien łączyć kobiety z mężczyzną.

„Gdyby ból, co czuję, mógł uskrzydlać, byłabym już aniołem.”

Tak okropnie boli…jest tak ciemno i zimno. Niech on już przyjdzie…

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Przyjechałem po nią trzy dni później do szpitala. W samochodzie nie usiadła obok mnie, tylko z tyłu. Nie opierała się plecami, całą drogę kurczowo trzymała zagłówek przedniego siedzenia. Nie odezwała się ani słowem. – „Coś ci jest?”. Cisza. Szum silnika. – „Co jest z tym guzem?” – „To nie są guzy”.

set-of-abstract-ornament-in-vintage-style-vector-illustration-2115613486 (2)

Mijały dni. Całymi dniami leżała na brzuchu, obwiązana bandażem, wpatrzona w ścianę. Często płakała. Rzadko kiedy byłem w domu, a i tak nie chciało mi się za bardzo z nią rozmawiać.

Którejś nocy obudziłem się i poczułem na sobie jej natarczywy wzrok. Stała nade mną, dziwnie wyniosła, chłodna, zdeterminowana. – „Odchodzę. Muszę cię opuścić, chociaż nie chcę.” Boże pomyślałem, jakieś babskie gadanie o trzeciej nad ranem. -„Daj spokój” – chciałem obrócić się na drugi bok. Ona? Odchodzi? W życiu by tego nie zrobiła. A gdyby nawet, to nie rozpaczałbym nad tym… Dziwny szelest kazał mi odwrócić głowę. Moja kobieta, z rozrzuconymi ramionami, z włosami opadającymi na złote policzki, rozwinęła skrzydła. Księżyc prześwietlał sieć cieniutkich żyłek w mniej opierzonych miejscach. Na długich kościach, nienaturalnie rozciągnięta, jaśniała jej liliowa skóra.

Oniemiałem. Dotknąłem ją i poczułem pióra jak u ptaka. Uśmiechała się smutno, w jej oczach lśniły łzy. Była piękna jak postać ze starego malowidła.

Pocałowała mnie w czoło i stanęła wyprostowana na parapecie. Po chwili skrzydła uniosły ją w noc.

Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.

[01.11.97]

angel_by_takiostavim

angel_by_takiostavim (deviantart)

 

Pogrzeb

widziałam żagle gasnące na niebie
człowieka w czarnej dziurze zmienionego w kości
groźnych ludzi sunących wolno w ciszy
kruki, słońce, biel i błękit w poskręcanym drzewie

ostatecznie ziemia głucho dudni zamiast serca
nie zostaje nic prócz wygniecionych dłoni
czas nie leczy ran lecz wykrwawia nas powoli
a za miłość słono płaci się cierpieniem

 

[4 marca 2011]